Obecny sezon Arsenalu to prawdziwy rollercoaster. W ostatnich miesiącach nasz zespół dotykały zarówno bolesne porażki (czy wręcz kompromitacje), jak i niespodziewane zwycięstwa. Zespół wpadał w dołek po to, by za chwilę się z niego wydostać (tak, tak, potem znów w niego wpadał). Kilka rzeczy w drużynie Kanonierów pozostawało jednak niezmiennych – że pozwolę sobie w tym momencie wspomnieć choćby o pladze kontuzji, która chyba nigdy już nie da nam spokoju. Dziś jednak chciałbym skupić się na innej kwestii. Odkąd forma Robina van Persiego wystrzeliła w okolicach sylwestra 2010/11, jednym z głównych tematów rozmów dotyczących zespołu Arsene’a Wengera jest pytanie, czy Arsenal to tzw. „One man team”. Zwolennicy takiego stwierdzenia zauważają, że gdyby nie kapitan Kanonierów ich pozycja w lidze byłaby znacznie gorsza od obecnej, a zdobycz bramkowa drużyny z północnego Londynu zmniejszyłaby się prawie o 50%. Na poparcie swojej tezy wyciągają (ze wszech miar słuszny zresztą) argument mówiący o tym, że w Arsenalu nie ma obecnie piłkarza, który mógłby przejąć obowiązki RvP w razie jego kontuzji, czy też nagłego spadku formy. Z kolei przeciwnicy nazywania Arsenalu drużyną jednego piłkarza najczęściej bronią się, przywołując casusy Lionela Messiego z Barcelony i Cristiano Ronaldo z Realu Madryt. Otóż ich zdaniem van Persie jest po prostu gwiazdą swojego zespołu (tak samo jak przywołani wcześniej panowie grający w lidze hiszpańskiej), a przecież mało kto nazywa Real czy Barcelonę drużyną jednego zawodnika.
Jak jest naprawdę? Czy kibice futbolu rzeczywiście mają pełne prawo nazywać Arsenal mianem „One man team”? Postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Dzięki statystykom dostępnym na stronie whoscored.com oceniłem przydatność liderów klasyfikacji strzelców ligi angielskiej dla swoich drużyn. Wyniki prezentują się następująco:






